Kurde, mam syndrom biznesmena. Nie umiem odpoczywać. Dziś drugi dzień wakacji, pierwszych od stu lat takich wakacji, kiedy naprawdę nic nie muszę, ani iść w góry, ani nadrabiać zaległości towarzyskich, ani służbowych, nic. Uczyć się nie muszę, prać, prasować, nic. No, karmić zwierzęta. I co? I dostałam doła, mimo że byłam pewna, że jestem mistrzem zen, guru gór, oazą oceanu, kwiatem lotosu, kalafiora, jednością ze wszechświatem. Dupa, normalny, klasyczny dół i to taki najgorszy, czyli że nie wiem, o co mi chodzi. Myślę, że mogłabym się dowiedzieć, gdybym pociągnęła za parę kolorowych nitek, które wystają z wyobraźni i które wypieram. I chyba nadal będę wypierać, bo jeśli pociągnę za nitkę, do której przyczepiony jest na przykład wielki, żelazny hipopotam, który na mnie spadnie i mnie ogłuszy na miesiąc, to co zrobię? Mam czas tylko do soboty, w sobotę muszę już kumać i ogarniać. Dobra, spoko, pewnie to tylko stary kalosz albo opona, względnie pusta flaszka. Oj dobra, pójdę se na spacer i już.
skomentuj (7)