Zjedliśmy mięso panu Anatolowi. A właściwie połowę zjedliśmy, połowę wyrzuciliśmy. Pan Anatol sam sobie winien, było mi nie ufać :) Powiedział, że nie ma swojej studenckiej szafki na jedzenie i zapytał, gdzie może położyć mięso. Wskazałam naszą intendenturę, ale zapomniałam o tym poinformować resztę zarządu i wyjechałam na wakacje.
Pan Anatol wyprowadza się w niedzielę :) Ale nie, nie z powodu mięsa, z powodu tego, że ma 43 lata :)) Zaszło nieporozumienie na łączach i pan Anatol z Kijowa zjawił się pewnego dnia u nas z walizką i szerokim uśmiechem. Oczekiwaliśmy studenta - doktoranta trzydziestoczteroletniego, nawet zwróciłam się z powitaniem do pana asystenta stojącego obok pana Anatola i zaproponowałam, że pokażę mu pokój. Pan asystent zgrzytnął z zakłopotaniem zębami i kiwnął w prawo. I tak poznałam pana Anatola :)
Bardzo sympatyczny i ujęło mnie to, co powiedział o nauce polskiego:
- a pan ma jakieś polskie korzenie?
- nie.
- a co pana zainspirowało do tego, żeby nauczyć się polskiego?
- a, wie pani, na Ukrainie prawie każdy zna rosyjski. I jak się kogoś zapyta, dlaczego uczy się rosyjskiego, odpowiada: bo Rosja to nasz sąsiad. To ja pomyślałem, że Polska to też nasz sąsiad.
:)
A poza tym jestem dziś sflaczała jak rozmrożona mrożonka i tak dokładnie się czuję.
Ale uważam, że bardzo adekwatnie.