- Takie mam motto na dziś. Tyle że 'where the fuck is Łąck?!'. Mam tam być o 20, na stronie PKS jest tylko jeden autobus z Łodzi, o 14.00, w Łącku 16.48. Nie ma mowy, zamarznę. Wyczaiłam jeszcze pociąg do Łącka przez Warszawę, w którym najbardziej kręci mnie wlaśnie to 'przez Warszawę'. /Chyba tęsknię./ Tyle że Ludzie, Którzy Tam Byli uważają, że w Łącku nie ma nic, a już tym bardziej stacji kolejowej. Zobaczymy :)
Cieszę się, że wyjeżdżam, lubię miejsca, gdzie nie ma nic. Mam nieśmiałą nadzieję na łyżwy na jeziorze, ale chyba odwilż idzie.
Wczoraj studentka ASP zapytała, czy może zrobić mi portret. Skromnie spuściwszy oczęta powiedziałam, że poświęcę się w imię sztuki, poszłam wcześnie spać, żeby ładnie wyglądać (ale nie zasnęłam, bo zapomniawszy, że jestem muzą, zjadłam na kolację sześć wielkich pierogów z cebulą :)), wstałam, zaplanowałam, że zjem coś, a potem zrobię oko, wlos, dekolt, pazur. Zeszłam na śniadanie nieprzytomna jak zwykle, nalożyłam se sera na pajdę, a tu... BŁYSK FLESZY, szaleństwo fotoreporterów. I rzeczowe 'dzięki'. Sesja trwała 20 sekund i jedno, co jest pewne to to, że wyglądałam NATURALNIE :))))
Dzieła Sprowadzania na Ziemię dopełniło wpisywanie do komputera rachunków za galaretkę agrestową i mięso. Tak to mi mija spokojnie piątkowy poranek.
Konkluzja z tego tygodnia: raz wiedźmą - zawsze wiedźmą. Przebrałam się w fartuszek i myślałam, że przedzierzgnę się w gospodynię domową. A tu się okazuje, że mojemu fartuszkowi bliżej do masona. Robiłam buraki. Gotowałam, obierałam, nuda. Na nudę najlepsze jest coś ostrego. Chrzan. Wrzuciłam bezrefleksyjnie cały sloik, pomieszałam beznamiętnie i już odkręcałam drugi, kiedy mnie TKNĘŁO. Tzn oczy zaczęły mi łzawić od trujących oparów. Spróbowałam - masakra. Złagodzić jabłkiem! Nic to nie dało, chrzan wessał jabłko jak smok wawelski dziewicę. Najgorzej, że w kuchni jest tak, że niczego nie da się ukryć. Nie ma żadnych możliwości 'różnych interpretacji przepisów'. Obiad jest albo nie ma. No i wtedy włączyła mi się żyłka alchemika. Doszłam do wniosku, że jak coś gryzie, to trzeba to rozcieńczyć. A z czego powstaje woda? Z soli oczywiście! Sól zamienia w wodę śnieg, zamieni i buraki. Dodałam więc kupę soli, z buraków wytrysnęło źródło, jego czyste wody zmyły brudny opar chrzanu, wszystko wyszlo, cudownie.
Zachęcona sukcesem, postanowiłam zapanować nad kolejnym żywiołem. Gaz! Wszystko tu jest na gaz, więc zamawiamy u takiego faceta wielkie butle. Okazało się, że jest to mój obowiązek (docenili temperament ;). Zamówiłam, przywieźli, ale nie dali paragonu, mieli dostarczyć nastepnego dnia. Nie dostarczyli. No to dzwonię:
- dzień dobry, ja z akademika, co z tym paragonem?
- jakim paragonem?
- no miał pan dostarczyć dziś paragon za gaz.
- jaki gaz??
- no za dwie butle.
- a z kim pani chciała rozmawiać?
- no z panem od gazu. Pan się nie zajmuje gazem?
- a broń Boże!!!
Pomyślałam najpierw, że gość udaje, żeby nie wychodzić z domu w ten mróz, potem - że może coś źle połączyło, aż w końcu uświadomiłam sobie, że w 'ostatnio wybranych' był facet od prawa jazdy, nie od gazu. Doszliśmy z kolegą do wniosku, że wlaściwie dlaczego ten czlowiek nie zajmuje się też gazem i że się w sumie opierdala. Kolega zaproponował mi, że zadzwoni do niego i zapyta, czy zajmuje się gazem, ale zwyciężyła jednak wizja dziadziusia w kapciuszkach, ktory padnie na zawał, więc odpuściliśmy.
...ale faktury dalej kurna nie ma.
...I dalej kurna ta zima!