skubaniec blog

Twój nowy blog

Trza podobno dodać notkę, żeby nie skasowali. Nie pamiętam hasła ani do bloga, ani do maila, który go kiedyś obsługiwał. A jednak wlazłam jakoś na profil admina, cudownie! To teraz będę pisać, skoro już muszę :D Dobra, tyle na początek, bo a nuż się nie Doda.

Gdzie tam od tańca. Od latania. Cały dzień dziś latałam – najpierw na Uniwerek. W ramach Jednoosobowej Brygady na Rzecz Rozwijania Poczucia Odpowiedzialności u Skubanej postanowiłam /po 2 latach od obrony magisterki/ wyrobić se wreszcie dyplom. Weszłam na teren mojego wydziału z uczuciem niezmierzonej nostalgii, chęcią natychmiastowej ucieczki i poczuciem, że zaraz kogoś spotkam i wyda się, że powinnam być na zajęciach, ale zwiałam. Nic się nie zmieniło. Do sekretariatu kolejka na 400 lat stania, w sekretariacie to samo ciepłe przyjęcie, co zwykle, dyplom może będzie we wrześniu, a może nie :) Potem wstąpiłam do sztabu PiSu, trafiłam akurat na konferencję prasową, ktorej wysłuchałam z dużym zaciekawieniem i podziwem dla opanowania Poncyljusza i Kluzik – Rostkowskiej, mnie by już dawno szlag najjaśniejszy trafił. Spotkałam w sztabie dziennikarza, który powiedział, że cofnęli mu akredytację do Sejmu za popieranie PiSu. Z innymi podobnie traktowanymi dziennikarzami założyli stowarzyszenie ZŻ – Zakazani Żurnaliści.
Przeszłam się po Ogrodzie Saskim, fajnie, gorąco, zielono, fontanna. Wyrobiłam se jeszcze jakąś nową kartę miejską z czipem i kodem DNA, napisałam do przyszłejnowejszefowej maila, że jestem i chodzę teraz zestresowana, że zaraz usłyszę: 30 stron na jutrooooo!!! hahahahahahaha!!!!
nieeeeee….
Postanowiłam póki co Się Sycić. Poszłam do lasu, jak pięknie, nawet nałóg empetrójki mi przeszedł – słuchałam żab. JAK ONE PIĘKNIE KUMKAJĄ!!!!! Życie jest takie piękne, tylko trzeba się zamknąć na rok w klasztorze, żeby to poczuć :D


…i straszniejsze jeszcze jest.

No dobra, obiecałam Mareckiemu, że napiszę dziś notkę. Mam za mało czasu i głowy, żeby napisać o Wszystkim, a o dupie nie bedę pisać, bo dupa przestała mnie chyba interesować. No, chyba STAŁO SIĘ. Jestem DOROSŁA :D Poznaję po braku kaca w niedzielę. Po braku Czekania na Smsa, wysyłania smsów po pijaku, chęci popełniania rutynowych samobójstw, wdawania się w romanse bez przyszłości i kombinowania jak się z tego potem wyplątać (otrzeźwienie w Gdanśku: ‚Nie wiesz, co z tym zrobić? – nie bierz’ – reklama ekologiczna dotycząca używania toreb foliowych). Najgorsze/najlepsze jest to, że przestałam czuć absurd życia, poczułam jego powagę. No i super, bo życie w magmie jest bardzo męczace. Za to życie poważne, jest kurna wymagające. Teraz nie chodzi już o wybór, tylko o wierność. Wiem, że miałam pisać notkę, a nie encyklikę, ale piszę to, co akurat mam w duszy.

A poza tym było wczoraj ognisko, za które serdecznie dziękujemy naszym sponsorom. Było bardzo fajnie, jestem babcią i jak mam wokół siebie przyjaciół i las, to o nic więcej mi nie chodzi :)
No kurde, porobiło się, rock and roll umarł :D

Ale muzyka gra dalej!
www.youtube.com/watch?v=tiMprgsTOgE

Zjedliśmy mięso panu Anatolowi. A właściwie połowę zjedliśmy, połowę wyrzuciliśmy. Pan Anatol sam sobie winien, było mi nie ufać :) Powiedział, że nie ma swojej studenckiej szafki na jedzenie i zapytał, gdzie może położyć mięso. Wskazałam naszą intendenturę, ale zapomniałam o tym poinformować resztę zarządu i wyjechałam na wakacje.
Pan Anatol wyprowadza się w niedzielę :) Ale nie, nie z powodu mięsa, z powodu tego, że ma 43 lata :)) Zaszło nieporozumienie na łączach i pan Anatol z Kijowa zjawił się pewnego dnia u nas z walizką i szerokim uśmiechem. Oczekiwaliśmy studenta – doktoranta trzydziestoczteroletniego, nawet zwróciłam się z powitaniem do pana asystenta stojącego obok pana Anatola i zaproponowałam, że pokażę mu pokój. Pan asystent zgrzytnął z zakłopotaniem zębami i kiwnął w prawo. I tak poznałam pana Anatola :)
Bardzo sympatyczny i ujęło mnie to, co powiedział o nauce polskiego:
- a pan ma jakieś polskie korzenie?
- nie.
- a co pana zainspirowało do tego, żeby nauczyć się polskiego?
- a, wie pani, na Ukrainie prawie każdy zna rosyjski. I jak się kogoś zapyta, dlaczego uczy się rosyjskiego, odpowiada: bo Rosja to nasz sąsiad. To ja pomyślałem, że Polska to też nasz sąsiad.

:)

A poza tym jestem dziś sflaczała jak rozmrożona mrożonka i tak dokładnie się czuję.
Ale uważam, że bardzo adekwatnie.

Urlop jest czymś, na co się czeka i dla czego się żyje. I co? I jak przyszedł, to MIAŁAM CZAS, więc zaraz podstępnie wślizgnął mi się w duszę czarny wąż czarnych wspomnień i czarnych myśli. Szkopuł w tym, że ten wąż nie jest zimny i obślizgły, tylko ciepły i aksamitny. I chociaż dusi równie skutecznie jak PROPER WĄŻ, to nie chce się czasem spod niego wychodzić.
Na mróz w dodatku :)
Dobra, dość o wężu. Wąż wężem, ale najgorsze jest to, że tak totalnie mi się odechciało pracować. Póki byłam w kieracie, to jakoś szło. A teraz mi się chyba włączyła mentalność Cosmo i myślę o ciuchach i włosach. Jak zwykle się wstrzeliłam – w karnawale nie byłam na zadnej imprezie, za to jak przyszedł Wielki Post, mam ochotę zamienić się w brokatowy pył. No i chyba budzi się we mnie Wyparta Siostra Kopciuszka, która ma ochotę na wielki bal.
…a tymczasem – dziś mielone, ziemniaki, warzywa na parze, a na deser owoce.
Aaaaaaaaa!!!!! Białego konia!!!!!! (na salami).
Help.

Kurde, mam syndrom biznesmena. Nie umiem odpoczywać. Dziś drugi dzień wakacji, pierwszych od stu lat takich wakacji, kiedy naprawdę nic nie muszę, ani iść w góry, ani nadrabiać zaległości towarzyskich, ani służbowych, nic. Uczyć się nie muszę, prać, prasować, nic. No, karmić zwierzęta. I co? I dostałam doła, mimo że byłam pewna, że jestem mistrzem zen, guru gór, oazą oceanu, kwiatem lotosu, kalafiora, jednością ze wszechświatem. Dupa, normalny, klasyczny dół i to taki najgorszy, czyli że nie wiem, o co mi chodzi. Myślę, że mogłabym się dowiedzieć, gdybym pociągnęła za parę kolorowych nitek, które wystają z wyobraźni i które wypieram. I chyba nadal będę wypierać, bo jeśli pociągnę za nitkę, do której przyczepiony jest na przykład wielki, żelazny hipopotam, który na mnie spadnie i mnie ogłuszy na miesiąc, to co zrobię? Mam czas tylko do soboty, w sobotę muszę już kumać i ogarniać. Dobra, spoko, pewnie to tylko stary kalosz albo opona, względnie pusta flaszka. Oj dobra, pójdę se na spacer i już.

Nie no, ok te dzieci. Spodziewałam się rozwydrzonej rozpieszczonej bandy małych kutych na cztery nogi kutasów, a tymczasem to były NORRRRMALNE kulturalne dziewczynki z ironicznym poczuciem humoru. Na dobranoc miałam im przeczytać książeczkę. Spodziewałam się bajeczki o księżniczce, a dostałam altas zwierząt. Rozdział: krokodyle. Dziewczynki sluchały z zapartym tchem danych statystycznych dotyczących występowania krokodyli na kontynencie afrykańskim i wyjaśniły mi też różnicę między gawianem a kajmanem. A jakie jest ulubione zwierzątko Magdusi? Rekin. No to mamy coś wspólnego.
W sobotę poszłyśmy na sanki, bylo super. Zmusiłam dzieci do pracy ponad siły w okropnych warunkach – w tamta stronę (do lasu) ciągnęłam je ja, a z powrotem – one mnie. Czułam się jak średniowieczny papież w lektyce błogosławiący polskie wioski i pola.
W niedzielę za to już mi się nic nie chciało. Tzn chciało mi się spać do południa, a potem czytać albo oglądać fajne filmy, no normalnie. A tu sanki bis. Nie miałam już pary i zjeżdżałam bez entuzjazmu. A tak naprawdę bez entuzjazmu to jestem dziś. I TAK MNIE WKURZA TA DYSCYPLINAAAAA!!!!!!!!!!!!! Nie mogę no ze swoją anarchią :( Przecież ja się staram.
No nic, jeszcze 5 miesięcy.

- Takie mam motto na dziś. Tyle że ‚where the fuck is Łąck?!’. Mam tam być o 20, na stronie PKS jest tylko jeden autobus z Łodzi, o 14.00, w Łącku 16.48. Nie ma mowy, zamarznę. Wyczaiłam jeszcze pociąg do Łącka przez Warszawę, w którym najbardziej kręci mnie wlaśnie to ‚przez Warszawę’. /Chyba tęsknię./ Tyle że Ludzie, Którzy Tam Byli uważają, że w Łącku nie ma nic, a już tym bardziej stacji kolejowej. Zobaczymy :)
Cieszę się, że wyjeżdżam, lubię miejsca, gdzie nie ma nic. Mam nieśmiałą nadzieję na łyżwy na jeziorze, ale chyba odwilż idzie.

Wczoraj studentka ASP zapytała, czy może zrobić mi portret. Skromnie spuściwszy oczęta powiedziałam, że poświęcę się w imię sztuki, poszłam wcześnie spać, żeby ładnie wyglądać (ale nie zasnęłam, bo zapomniawszy, że jestem muzą, zjadłam na kolację sześć wielkich pierogów z cebulą :)), wstałam, zaplanowałam, że zjem coś, a potem zrobię oko, wlos, dekolt, pazur. Zeszłam na śniadanie nieprzytomna jak zwykle, nalożyłam se sera na pajdę, a tu… BŁYSK FLESZY, szaleństwo fotoreporterów. I rzeczowe ‚dzięki’. Sesja trwała 20 sekund i jedno, co jest pewne to to, że wyglądałam NATURALNIE :))))
Dzieła Sprowadzania na Ziemię dopełniło wpisywanie do komputera rachunków za galaretkę agrestową i mięso. Tak to mi mija spokojnie piątkowy poranek.

Konkluzja z tego tygodnia: raz wiedźmą – zawsze wiedźmą. Przebrałam się w fartuszek i myślałam, że przedzierzgnę się w gospodynię domową. A tu się okazuje, że mojemu fartuszkowi bliżej do masona. Robiłam buraki. Gotowałam, obierałam, nuda. Na nudę najlepsze jest coś ostrego. Chrzan. Wrzuciłam bezrefleksyjnie cały sloik, pomieszałam beznamiętnie i już odkręcałam drugi, kiedy mnie TKNĘŁO. Tzn oczy zaczęły mi łzawić od trujących oparów. Spróbowałam – masakra. Złagodzić jabłkiem! Nic to nie dało, chrzan wessał jabłko jak smok wawelski dziewicę. Najgorzej, że w kuchni jest tak, że niczego nie da się ukryć. Nie ma żadnych możliwości ‚różnych interpretacji przepisów’. Obiad jest albo nie ma. No i wtedy włączyła mi się żyłka alchemika. Doszłam do wniosku, że jak coś gryzie, to trzeba to rozcieńczyć. A z czego powstaje woda? Z soli oczywiście! Sól zamienia w wodę śnieg, zamieni i buraki. Dodałam więc kupę soli, z buraków wytrysnęło źródło, jego czyste wody zmyły brudny opar chrzanu, wszystko wyszlo, cudownie.

Zachęcona sukcesem, postanowiłam zapanować nad kolejnym żywiołem. Gaz! Wszystko tu jest na gaz, więc zamawiamy u takiego faceta wielkie butle. Okazało się, że jest to mój obowiązek (docenili temperament ;). Zamówiłam, przywieźli, ale nie dali paragonu, mieli dostarczyć nastepnego dnia. Nie dostarczyli. No to dzwonię:

- dzień dobry, ja z akademika, co z tym paragonem?
- jakim paragonem?
- no miał pan dostarczyć dziś paragon za gaz.
- jaki gaz??
- no za dwie butle.
- a z kim pani chciała rozmawiać?
- no z panem od gazu. Pan się nie zajmuje gazem?
- a broń Boże!!!

Pomyślałam najpierw, że gość udaje, żeby nie wychodzić z domu w ten mróz, potem – że może coś źle połączyło, aż w końcu uświadomiłam sobie, że w ‚ostatnio wybranych’ był facet od prawa jazdy, nie od gazu. Doszliśmy z kolegą do wniosku, że wlaściwie dlaczego ten czlowiek nie zajmuje się też gazem i że się w sumie opierdala. Kolega zaproponował mi, że zadzwoni do niego i zapyta, czy zajmuje się gazem, ale zwyciężyła jednak wizja dziadziusia w kapciuszkach, ktory padnie na zawał, więc odpuściliśmy.
…ale faktury dalej kurna nie ma.

…I dalej kurna ta zima!

::

3 komentarzy

Myłam dziś schody. Byłam bardzo zadowolona, że tak błyszczą. A to była cieniutka, subtelna warstewka lodu :)

Przestawlo mi sie y z z, co sie wtedy robi??
Od dluzszego czasu mam straszna ochote GNIC. Niekoniecznie jako trup, bo mysle, ze trup nie wie, ze gnije i nie moze sie tym spokojnie cieszyc. Ale tak bym sobie pognila jako Zbuntowana Nastolatka… O kurde, jaka mam ochote! Ubralabym sie pieknie, poszla na impreze, upila, wrocila nad ranem z rozwianym wlosem i rozwianymi zludzeniami, wskoczyla do lozka i spedzila tam tydzien sluchajac Creep i napawajac sie, jak bardzo nikt mnie nie rozumie. Cholera, zlote czasy to byly! I tak czulam, ze jesli raz sprobuje sprobowac i okaze sie, ze moge, to juz potem bede musiala. Ze niejasne to zdanie niby? Chodzi w skrocie o to, ze czy mnie ktos rozumie, czy nie, to po bulki o szostej zapierdalam przez zaspy :)
No i najgorsze jest to, ze od tego nie umarlam ani nie rozpadlam sie w gwiezdny pyl jak jakis pieprzony zloty pantofelek. Matko, moze ja wcale nie jestem ksiezniczka na ziarnku grochu albo w Kopciuszku gram role dyni?? Nie no, to by bylo straszne.
W tygodniu jestem zajeta tak, ze nawet nie mam kiedy sie zabic!
ALE:
Mam wolny przyszly weekend, ktos cos teges? Gory najchetniej, ale sth Zwierzyniec like tez moze byc.


  • RSS